| |
Pathfinder - sport ekstremalny
Są w pracy dziennikarza motoryzacyjnego momenty, kiedy bardziej niż zwykle kocha on swoją pracę. Jeden z takich momentów miał miejsce, gdy zasiadłem we wnętrzu Nissana Pathfindera. |
Do dziś nie wiem, czy to pod wpływem emocji związanych z testowaniem nowej terenówki Nissana, czy też z jakichś innych powodów bogini mądrości opuściła mnie na moment. Konsekwencją absencji Ateny, Anioła Stróża czy Buddy (wedle wiary) było nalanie do Pathfindera z silnikiem turbodiesla benzyny bezołowiowej 98!!! Zatankowałem, a jak - do pełna! W bez mała czterdziestostopniowym upale przepchaliśmy z pomocą litościwych gapiów (i kto mówi, że nie ma na świecie prawych ludzi?) ważące 2 300 kg auto do pobliskiego warsztatu. Tam stwierdzono, że podnośnik nie wytrzyma podobnego ciężaru. Całe szczęście nieopodal znajdował się serwis Nissana - Marek Pasierbski Team. Po sprawnym wymontowaniu baku (które okazało się jedynym rozwiązaniem), spuszczeniu benzyny i nalaniu ON, Pathfinder zawył donośnie, wyrzucił z rury wydechowej kłęby czarnego dymu i mogłem ruszyć na bezdroża redakcyjnego testu.
Na królewskim dworze Wydaje się, że swoimi samochodami terenowymi Japończycy leczą kompleksy niewielkiego wzrostu. Większość ich terenówek to masywne kolosy. Nie inaczej jest z Pathfinderem. Kubistyczne kształty nadwozia, takie same reflektory i relingi dachowe nadają mu bardzo poważny wygląd. Ciekawie poprowadzona jest też linia bocznych szyb, która opada ku przodowi. Do tego olbrzymie błotniki, masywne alufelgi, przyciemniane tylne szyby - i już mamy gotowy przepis na to, jak wzbudzić zazdrość u innych kierowców. Z praktycznych rozwiązań zasługują na uwagę stopnie - boczne i tylny, a także tylna szyba, którą możemy otworzyć bez podnoszenia maski. Kiedy wraz z fotografem zorganizowaliśmy sesję zdjęciową w podwrocławskich Prężycach, stało się jasne, że Pathfinder to nie wulgarna terenówka. Na przestrzeni kompleksu pałacowego prezentował się dumnie i dostojnie, w niczym nie ustępując klasycznym limuzynom. We wnętrzu terenowego Nissana dobrze poczujemy się zarówno w wytwornym garniturze od Armaniego, jak i w bojówkach i kurtce moro. Co prawda elektrycznie regulowane siedzenia pokryte są skórą, podobnie jak kierownica, ale rażą plastikowe wstawki imitujące drewno. Wstyd! Ciekawym, ale niepraktycznym rozwiązaniem jest... (no właśnie, nawet nie wiadomo, jak to nazwać) wybaczcie mi Państwo, że sięgnę do odmętów ulicznego socjolektu - wihajster, zamontowany na stałe zamiast kluczyka. Sprawia to, że mamy przy sobie jedynie pilota do centralnego zamka, z którym nie wiadomo co robić po wejściu do pojazdu. Widać inżynierowie Nissana chcieli ulepszyć bardzo dobre i zamiast doskonałego stworzyli przeciętne. Na hymn pochwalny zasługuje ergonomia tylnych rzędów. Siedzenia możemy składać w przeróżnych konfiguracjach (także przedni fotel pasażera), co pozwala przewozić przedmioty o długości nawet 2 800 mm.
Na pustyni... ... niestety nie byliśmy testowym Nissanem, ale za to udało nam się wynająć kopalnię piasku. Choć, sądząc po minie, jaką zrobił właściciel po naszym teście, bardzo swojej decyzji żałował. Sam się nie spodziewałem, iż samochód, który prezentuje się tak dumnie i dostojnie, może być niczym pustynna burza. Z napędem na tylną oś i włączonym systemem kontroli trakcji, Pathfinder sprawował się posłusznie, ale zakopanie się w sypkim piasku nie stanowiło problemu. Kiedy wyłączyliśmy system, przy ostrych zakrętach tył samochodu wyprzedzał przód, co wprawiało nas w wyborny nastrój, ale nadal zakopanie Nissana nie było trudne. Natomiast kiedy pokrętło napędu znalazło się w położeniu 4H, kolos wykonywał wszelkie żądane przez nas manewry. Nic w tym dziwnego - przecież to samochód z niezależnym zawieszeniem wszystkich kół (z przodu wahacze poprzeczne i kolumny, z tyłu wielowahaczowe), szerokim rozstawem osi (2 850 mm) i napędem 4x4 All-Mode. Ustawienie 4L, czyli reduktora, obudziło w nas drzemiące off-roadowe instynkty. Postanowiliśmy udać się w rejony kopalni, na których były odciśnięte tylko ślady gąsienic. Delikatne oparcie stopy o pedał przyspieszenia powodowało, że wskazówka obrotościomierza sięgała 4 tysięcy obrotów. Po 45 minutach uporczywej walki "japończyk" za nic nie chciał dać się zakopać. Zlani potem, umordowani, ale i szczęśliwi postanowiliśmy zmienić teren. Jednak okazało się, że w zatankowanym niedawno samochodzie irytująco migała ikonka dystrybutora, oznaczająca rezerwę. Tym, którzy preferują jazdę w ciężkim terenie z reduktorem, radzimy, aby ten teren znajdował się stosunkowo blisko stacji benzynowej. Drugą próbę przygotowaliśmy na torze motocrossowym, zwanym, nie bez powodu, "Kilimandżaro". Dotychczas ostre wzniesienie pokonała tylko Toyota Hilux, ze słabszym, co prawda, silnikiem, ale również ważąca wiele mniej, bo "zaledwie" 1 650 kg. Podjechać pod strome wzniesienie udało się niemal bezproblemowo, nie licząc fragmentu trawy, na którym złapaliśmy lekki poślizg. Natomiast ze zjazdem były większe problemy, a wszystko to za sprawą bezlitosnej grawitacji, która ciągnęła kolosa w dół. Jednak reduktor zrobił swoje i samochód w wolnym tempie stoczył się po zboczu. Po terenowych próbach nie możemy zgodzić się z jednym, mianowicie, że Nissan Pathfinder to samochód klasy SUV - tak bowiem określany jest na oficjalnej stronie internetowej Nissana. To klasyczna terenówka, którą - przyznajmy - śmiało możemy poruszać się i po kopalni, i po asfaltowych bezdrożach Rzeczypospolitej Rozkopanej. |