- Wielomarkowość jest panaceum zarówno na okresowe kryzysy, jak i na rosnące oczekiwania klienta flotowego - uważa Adam Pietkiewicz, prezes Polskiej Grupy Dealerów (PGD), z którym rozmawiamy o rynku samochodowym i flotowym.
Polscy dealerzy zjednoczyli swoje siły tworząc Związek Dealerów Samochodów. Co skłoniło dystrybutorów aut do takiej decyzji?
Alpiniści zwykli mawiać, że zdobywają szczyty, bo one są, dealerzy musieli powołać wspólną organizację, bo jej nie było. Proszę sobie wyobrazić, że byliśmy prawdopodobnie ostatnim krajem europejskim, w którym nie istniała taka organizacja. Potrzeba jej powołania jest oczywista – samochód jest nieodzownym elementem życia i pracy, a tymczasem ponad tysiąc firm polskich dealerskich, zatrudniających ponad 30 tysięcy osób stale napotyka przeszkody prawne i organizacyjne, które hamują rozwój polskiej motoryzacji i sektora dealerskiego. Do ich pokonania potrzebny jest jeden donośny głos.
Jakie są najważniejsze plany Związku na najbliższą przyszłość?
Naszym celem jest odwrócenie tendencji na polskim rynku motoryzacyjnym, gdzie co roku nabywców znajduje 300 tysięcy nowych samochodów i milion używanych. Zdajemy sobie sprawę, że przy obecnym statusie majątkowym polskiego społeczeństwa takie proporcje są uzasadnione, ale tym bardziej potrzebne jest wizjonerskie spojrzenie na wiele lat do przodu. Perspektywiczna refleksja będzie punktem wyjścia do zbudowania trwałych regulacji prawnych prowadzących do harmonijnego rozwoju sektora dystrybucji samochodów i usług serwisowych, a przez to do tworzenia nowych miejsc pracy. Gorąco wierzymy, że każdy z nas – użytkowników polskich dróg – wolałby użytkować nowy, co kilka lat wymieniany samochód, a także być pewnym, że inni użytkownicy nie wprowadzają do ruchu samochodów, nie spełniających norm bezpieczeństwa. Wszędzie na świecie rządy pomagają w tym, aby park samochodów był jak najmłodszy, gdyż wiąże się to z bezpieczeństwem obywateli, z materialnymi i społecznymi kosztami wypadków na drogach i leży w ich dobrze pojętym interesie ekologicznym oraz fiskalnym. Pierwszym, najważniejszym tematem, który powinien zostać uregulowany i nie zmieniany przez wiele lat, jest umożliwienie pełnego odliczania podatku VAT od wszystkich samochodów użytkowanych na cele działalności gospodarczej. W tym zakresie, środowisko flotowe i dealerskie powinno krzyczeć jednym głosem.
Na ile polscy dealerzy odczuli skutki kryzysu, czy można już mówić o jego końcu?
Skutki kryzysu w części sprzedażowej złagodzili klienci z krajów ościennych korzystający z dopłat. Kryzys jednak – mówiąc językiem ułanów – nie odtrąbił „wsiadanego”. Element ten zmarginalizuje się w 2010 roku, gdyż dopłaty, o ile w ogóle będą funkcjonowały, to na pewno nie na taką skalę jak w roku bieżącym. Na szczęście utrzymanie prawa do odliczania VAT-u od aut z kratką oznacza zmniejszenie przewidywanego na przyszły rok spadku popytu. Jednak planując budżety dla oddziałów Grupy PGD zakładamy spadek sprzedaży o 16% w stosunku do tegorocznej. Kryzys czeka też działy serwisowe dealerów, którzy znaczną część swojej tegorocznej sprzedaży lokowali za granicą. Znamy przypadki salonów, w których na wiosnę udział ten wynosił niemal 100%. A klienci z Hamburga i Stuttgartu na roczny przegląd techniczny do polskich serwisów niestety nie przyjadą.
Czy klient salonu stracił czy zyskał na niepewnej sytuacji rynkowej w tym roku?
Pozwoli Pan, że zacznę od zastrzeżenia, iż sytuacja na rynku w najmniejszym stopniu nie wpływa na jakość obsługi klientów, gdyż jest ona w każdych czasach absolutnym priorytetem. Z pewnością jednak rynkowa niepewność wymusiła na importerach precyzyjniejsze pozycjonowanie cenowe samochodów i z tego wynika korzyść klientów. Z drugiej strony, właśnie ta niepewność sprawiła, że gdy pojawiła się szansa sprzedaży aut za granicę, dealerzy z niej skwapliwie korzystali. Niektórzy zbyt skwapliwie i dlatego w segmencie małych samochodów występowały problemy z dostępnością niektórych modeli i wersji. Wszyscy straciliśmy na tym, że przesuniętych w czasie zostało wiele zapowiadanych wcześniej premier nowych modeli.
Wielu dealerów nie lubi obsługiwać flot. Narzekają oni na wysokie wymagania czy nieustępliwość w negocjacjach. Tymczasem PGD od lat w sukcesem działa na rynku flotowym. Kim według Pana jest dla dealera flotowiec – sprzymierzeńcem czy utrapieniem i dlaczego?
Rzeczywiście, klienci flotowi mają specyficzne wymagania, ale trudno się temu dziwić, skoro dla nich samochód jest podstawowym i niezastąpionym narzędziem pracy. My, chcąc być ważnym uczestnikiem rynku flotowego przyjęliśmy politykę pod nazwą „Rozwiązania dla firm”, którą realizuje wyspecjalizowany, wydzielony podmiot – PGD Flota. Myślę, że właśnie kompleksowe podejście i prekursorskie propozycje, jak choćby instytucja serwisowego opiekuna flot, są przyczynami zadowolenia naszych klientów, a więc naszego sukcesu. Mimo wysokich wymagań, sprzedaż i serwisowa obsługa flot są bardzo cenne dla wszystkich dealerów ponieważ stanowią najbardziej stabilny segment rynku. Zaś menadżerów flot zawsze będziemy uważać za sprzymierzeńców, dlatego że są to fachowcy precyzyjnie artykułujący swoje oczekiwania, od których możemy się wiele nauczyć.
Co jest najważniejsze we współpracy z klientem instytucjonalnym? Co zrobić, aby układała się ona pomyślnie i była długofalowa?
Zawsze, niezależnie od sytuacji makroekonomicznej i okoliczności rynkowych najważniejsze powinny być dobre relacje z klientami. Podstawą ich budowania jest zrozumienie potrzeb. Oferta skierowana do klienta instytucjonalnego musi wykraczać poza tradycyjne elementy, czyli sprzedaż i okazjonalne serwisowanie. Żeby skutecznie konkurować na tym rynku trzeba oferować nie tylko optymalne warunki doboru pojazdów, ale także finansowania zakupów lub wynajmu długoterminowego oraz całość obsługi posprzedażnej. Żeby rosnąć razem z klientem trzeba się zrosnąć z jego potrzebami. Także rosnącymi.
W ofercie PGD mają Państwo produkty skierowane typowo do flot, jak wynajem długoterminowy i krótkoterminowy. Skąd wziął się pomysł, aby proponować klientom nie tylko auta i ich serwis? Czy nie mając wcześniej doświadczenia branży finansowej, nie obawiali się Państwo wejść w konkurencję z instytucjami finansowymi? Na ile taka synergia działań pomogła Państwu zbudować pozycję na rynku flotowym?
Ponieważ wynajem samochodów nie jest usługą stricte finansową, motoryzacyjny rodowód Express’u jest na rynku CFM jego niepodważalnym i unikatowym atutem. Wystarczy tylko pomyśleć, jakiej wiedzy o samej motoryzacji wymaga zorganizowanie całego systemu obsługi serwisowej samochodów wielu marek, ich optymalnego ubezpieczania i sprawnej likwidacji szkód, czy udostępniania samochodów zastępczych na terenie całego kraju. Jakie know-how wprost z branży dealerskiej jest potrzebne do stworzenia efektywnego systemu remarketingu samochodów używanych. Handlowcy Expressu mają wiedzę o modelach aut i polityce cenowej, porównywalną do sprzedawców autoryzowanych dealerstw i to w odniesieniu do dwudziestu kilku marek obecnych w naszej flocie! W porównaniu z tą wiedzą i doświadczeniem, kwestia finansowania jest ważnym, ale tylko jednym z wielu aspektów działania. Express zawsze traktował siebie jako reprezentanta branży samochodowej i wynikające z tego mocne strony rozwijał. Pamiętamy, ze samochód nabywa się raz, a jeździ nim kilka lat, więc doświadczenie w obsłudze, jest z punktu widzenia klienta ważniejsze niż doświadczenie finansowe. Bardzo wysokie oceny zadowolenia z naszych usług są tego najlepszym dowodem.
Co z planami wejścia Expressu na giełdę?
Bardzo zła sytuacja na giełdzie w roku 2008 skutkowała decyzją o wstrzymaniu debiutu, na etapie przygotowania prospektu emisyjnego. Wraz z firmą doradczą uznaliśmy, że na tak słabym rynku osiągnięcie wyceny, na jaką zasługuje spółka, będzie bardzo trudne. Nie byliśmy w przymusowej sytuacji i mieliśmy wiele innych dróg pozyskania środków na rozwój. Przebieg wydarzeń potwierdził, że mieliśmy rację. Nawet w sytuacji kryzysu branży finansowej, byliśmy w stanie nieprzerwanie pozyskiwać środki z rynku bankowego. Niewątpliwe znaczenie ma tu długa historia naszej współpracy z najważniejszymi partnerami. Dla wielu z nich jesteśmy jednym z kluczowych klientów, a przy relacjach obliczonych na lata, środki znajdują się nawet, jeśli innych spotyka odmowa. Obecnie intensywnie pracujemy nad stworzeniem nowej perspektywy strategicznej na lata 2010-2012. Plany debiutu giełdowego są wciąż brane pod uwagę jako źródło pozyskania kapitału, jednakże rozważamy także kilka innych opcji, które nie wymagają tego kroku. Należy pamiętać, że status spółki publicznej, to nie tylko splendor i korzyści, ale także poważne obowiązki informacyjne, z których część utrudnia prowadzenie działalności. Myślę, że ostateczne decyzje w tej kwestii zapadną w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
Mają Państwo salony wielomarkowe. Czy sądzi Pan, że właśnie oferowanie wielu marek w jednym punkcie będzie w przyszłości normą? Dlaczego? Jak patrzą na to importerzy aut?
U podstaw naszego nastawienia na wielomarkowość, leżały korzyści klienta. Klient dokonuje zakupu tam, gdzie jest mu wygodniej, a przecież trudnym do przecenienia udogodnieniem jest możliwość porównania w jednym miejscu kilku marek. Kilkuletnie funkcjonowanie salonów wielomarkowych dowiodło, że decyzje klientów powodują wzrost sprzedaży, więc przekładają się na korzyści dealera i importera. To sprawiło, ze nawet importerzy zrazu niechętni multibrandingowi z czasem się do niego przekonali. Z uwagi na udogodnienia, jakie niosą klientom, salony wielomarkowe mogłyby stanowić o przyszłości polskiego rynku, jednak nie jest łatwo je tworzyć. Wcześniejsza i łatwiejsza w realizacji jest idea ulic samochodowych, która w różnych miastach, w różnej skali urzeczywistnia się od kilku lat. Tak jest choćby z naszym Centrum Motoryzacyjnym Toruńska w Warszawie, na które składają się już cztery salony reprezentujące osiem marek. Właśnie do kilkumarkowych centrów sprzedaży będzie należeć najbliższa przyszłość rynku.
Czy flotowcy wykorzystują wielomarkowość?
Różne są potrzeby transportowe w ramach jednej firmy, dlatego wszystkie floty CFM i większość flot firmowych składa się z samochodów różnych marek. Z tego powodu wielomarkowość dealera i serwisu są ich niezaprzeczalnym atutem. Możliwość serwisowania aut kilku producentów w jednym miejscu wiąże się z oczywistymi korzyściami logistycznymi i finansowymi firmy. Uzyskuje ona bowiem jednolite i korzystniejsze warunki finansowe oraz sprawdzone standardy obsługi. Administratorzy flot kontaktują się w ramach kilku marek z opiekunami, z którymi dopracowali mechanizmy komunikacji. Mamy takich przykładów wiele. Kolejną niezaprzeczalną zaletą jest wzrost wiarygodności. Flotowiec , posiadający w swojej palecie kilka, czy kilkanaście marek, będzie zdecydowanie bardziej starał się dopasować ofertę pod potrzeby klienta flotowego a nie bieżące potrzeby ustalone przez plan sprzedaży w jednej marce. Jest to też korzystne dla producentów samochodów, którzy znacznie szybciej otrzymują feedback o konkurencyjności swojej oferty.
Czy chcieliby Państwo rozszerzać swoją działalność o kolejne marki, w tym także premium?
Wprowadzenie na Polski rynek marki Infiniti przysporzyło nam wiele satysfakcji i było ciekawym doświadczeniem, tym bardziej że w tym przypadku łączymy role importera i dystrybutora. Możemy mówić o sukcesie także dlatego, że potwierdziliśmy iż umiemy sprzedawać również samochody z najwyższej półki . Dowodami są raporty sprzedaży Infiniti Europe, w których zajmujemy trzecie, czwarte miejsce wśród krajów europejskich, a za maj nawet miejsce pierwsze. Wiążemy z Infiniti nadzieje na jeszcze większy sukces rynkowy i przede wszystkim chcemy rozwijać ten brand w skali ogólnopolskiej.
Jaki Pana zdaniem powinien być kierunek rozwoju polskich dealerstw?
Wielomarkowość jest panaceum zarówno na okresowe kryzysy, jak i na rosnące oczekiwania klienta flotowego.
Działa Pan na rynku motoryzacyjnym już prawie 2 dekady. Co Pana zdaniem najbardziej ogranicza możliwości jego rozwoju? Czy jest szansa, że coś się zmieni?
Tak jak przez prawie dwie dekady działamy, tak wciąż nie jest ostatecznie uregulowana kwestia VAT-u, wywołana już na początku naszej rozmowy. To najbardziej jaskrawy przykład na brak stabilnego prawa podatkowego związanego z wykorzystywaniem samochodów do celów działalności gospodarczej. Dlatego z dużą nadzieją odbieramy rozważania na temat zasadności przygotowania „ustawy samochodowej”. Trwała, ustawowa regulacja przepisów daje nadzieję na ułatwienie przedsiębiorcom planowania kosztów, a dealerom prognozowania popytu i zamawiania samochodów do produkcji. Kolejnym elementem jest zmiana polityki fiskalnej w kierunku faworyzującym samochody nowe, bezpieczne i ekologiczne.
Na ile wspólny europejski rynek pomógł, a na ile przeszkodził polskiemu rynkowi motoryzacyjnemu?
Otwarcie granic celnych oceniam pozytywnie, mimo zalania rynku samochodami niepierwszej młodości. Import używanych sprawił, że Polacy zmotoryzowali się na potęgę, a ja wierzę, że z upływem czasu i wzrostem zamożności będą przesiadać się na samochody młodsze i lepsze. Znów można przywołać przykład Hiszpanii, kraju o podobnej populacji, w którym sprzedaje się trzykrotnie więcej nowych aut niż w Polsce. No i pamiętajmy, o czym mówiliśmy wcześniej, że sprzedaż do innych krajów Unii w tym roku odsunęła od branży kryzys.
Škoda świetnie wpisuje się w trend budowania oszczędnych silników. Dowodem na to jest 1,6 TDI w Octavii w wersji Greenline, który nie wydrenuje naszego portfela. Ile zatem będzie nas kosztować ekojazda popularną wśród flotowców Škodą? Sprawdziliśmy.
Jeszcze kilka lat temu Opel był niekwestionowanym królem europejskiej nudy. Astra, Vectra, Corsa czy Meriva na rynku sprzedaży indywidualnej przegrywały z konkurencją walkę o klienta, ale jako samochody wyprane z emocji, idealnie nadawały się na auta służbowe. Nowa Meriva łamie ten stereotyp.
Rzadko się zdarza, aby przy okazji face-liftingu producent nie tylko zmienił wygląd swego pojazdu, ale także obniżył jego cenę. Tak się stało w przypadku nowego zmodernizowanego Nissana Qashqai’a, który, jakby tego było mało, w najnowszej wersji także nieco mniej pali.
Phaeton nie ma łatwego życia – nie dość, że musi odgrywać rolę auta luksusowego w ofercie producenta, który w nazwie ma wpisaną misję produkcji aut „dla ludu”, to jeszcze producent nie zmienia go od wielu już lat. Wreszcie przyszła na to pora, jednak zamiast nowego modelu otrzymujemy raptem face lifting.