Podsumowanie rynku ubezpieczeń flotowych

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia…

2017-06-01 11:43:12

Stop. To żart. Tak rozpoczyna się „Ogniem i mieczem”. Ale rok 2016 w ubezpieczeniach komunikacyjnych to był dziwny rok, w którym rozmaite sytuacje doprowadziły do tego, że w nadzwyczajny sposób wzrosły ceny, a sama tematyka ubezpieczeń stała się medialna i głośna jak nigdy dotąd. Warto więc pokusić się o podsumowanie tych wydarzeń.

Według danych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego w pierwszym półroczu 2016 rynek zebrał 5,559 miliarda złotych tylko z ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych. To o 1,137 miliarda złotych i prawie 26% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Podwyżki dotknęły wszystkich, od Kowalskich użytkujących auto raz w tygodniu na trasie z domu do kościoła i z powrotem po firmy transportowe, w których każdy pojazd wykonuje dziesiątki tysięcy kilometrów rocznie. Podwyżkom, co gorsza, nie ma końca. Wzrost cen (przede wszystkim OC, ale także AC) zdominował 2016 r. w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Co doprowadziło do takiego stanu rzeczy?

Po pierwsze – rynek wszedł w określoną fazę cyklu koniunkturalnego. Na każdym rynku występują okresy prosperity i okresy recesji – i nasz rodzimy rynek ubezpieczeniowy też temu zjawisku podlega. Kiedy jakiś produkt (na przykład OC komunikacyjne) jest rentowny i przynosi ubezpieczycielom zyski, wtedy właściciele w naturalny sposób oczekują od zarządów ekspansji, powiększania udziału w rynku. Przy całkowicie jednorodnym produkcie (warunki OC reguluje ustawa, więc każdy ubezpieczyciel sprzedaje to samo) jedynym kryterium zakupowym staje się cena. Przynajmniej w polskich warunkach, gdzie próby „obudowania” OC przez atrakcyjny assistance czy bezpośrednią likwidację szkód w celu sprzedania lepszej usługi za więcej nie przynoszą adekwatnych efektów. Ceny zaczynają więc maleć. Najpierw odbywa się to kosztem marży zysku, a potem zaczyna się nurkowanie pod wodę. Gdy okazuje się, że wyniki na produkcie „świecą na czerwono”,  następuje odwrócenie cyklu – zmniejszenie ekspansji, utrata zainteresowania poszczególnymi grupami klientów, wzrost cen, cięcie kosztów. I taka sytuacja trwa do momentu, gdy produkty zaczynają znowu przynosić zysk – wtedy podejmuje się decyzje o ekspansji… i tak w kółko. Co ciekawe, nie jest to skutek czyjejś imiennej głupoty. Kumulują się tu procesy społeczne. A zjawisko cyklu koniunkturalnego jest znane i opisywane w ekonomii od dobrych 200 lat. Rok 2015 był okresem olbrzymich strat ubezpieczycieli na OC i AC. Tak zwana strata techniczna na OC wyniosła prawie 1,1 miliarda złotych. Co to oznacza? Ze suma wypłaconych odszkodowań i rezerw oraz kosztu utrzymania produktu (prowizje sprzedawców, koszty likwidatorów, koszty administracyjne) były o 1,1 miliarda wyższe od zebranych składek. Strata techniczna dotyczy też ubezpieczenia AC. Z punktu widzenia przebiegu cyklu można więc było wnioskować, że odwróci się on, aby ubezpieczyciele mogli odbudować straty.

Kolejnym elementem sprzyjającym wzrostowi cen jest wzrost wolumenu wypłacanych odszkodowań. Prosty przykład: średnia szkoda z ubezpieczenia OC w 2004 r. wyniosła (wg danych KNF) 3131 zł. W 2015 r. już 6519 zł. Urosła więc więcej niż dwukrotnie. Dlaczego? Przyczyn jest kilka:

  • rośnie świadomość ubezpieczeniowa w Polsce. Coraz wyższe są kwoty zasądzane za szkody osobowe – odszkodowania, renty, zadośćuczynienia, koszty leczenia i rehabilitacji,
  • otwierane są ponownie – i jest to skutek działania tzw. kancelarii odszkodowawczych – szkody zamknięte kilka lat temu z zaniżonymi odszkodowaniami,
  • coraz więcej jeździmy za granicę i tam stajemy się sprawcami szkód. Odszkodowania, jakie polscy ubezpieczyciele wypłacają zagranicznym poszkodowanym, są znacznie wyższe od wypłat krajowych. Przykład: przy ogólnej średniej szkodzie z OC 6519 zł w 2015 r. jeden z naszych czołowych ubezpieczycieli zakłada statystyczną rezerwę na szkodę zagraniczną w wysokości ponad 31 000 zł,
  • w 2015 r. zaczęły obowiązywać tzw. wytyczne likwidacyjne Komisji Nadzoru Finansowego, które m.in. zredefiniowały standardy wypłat odszkodowań za użytkowanie samochodów zastępczych, uwzględniania VAT w szkodach kosztorysowych, stosowania określonej klasy części użytych do naprawy – to podniosło wartość wypłaconych odszkodowań, a więc musiało odbić się na składkach.

 

Zmniejszył się rynek. To jest zmiana, która przede wszystkim dotknęła rynek ubezpieczeń dla flot. Jeszcze w końcówce 2015 r. Link4 został kupiony przez PZU. I o ile na rynku detalicznym marka Link4 i sprzedaż pod tą marką zostały utrzymane, to z rynku flotowego ubezpieczyciel zniknął całkowicie. Podobnie stało się z Liberty Ubezpieczenia, którego polskie operacje kupiła AXA. I w ten sposób niespełna 2 lata po debiucie na rynku flotowym LU przestało ubezpieczać floty. Z ubezpieczeń flotowych całkowicie wycofało się Generali. Z rynku zniknęło więc trzech konkurentów. A wielu innych ubezpieczycieli ograniczyło swoją aktywność – albo wycofując się z określonych branż (transport międzynarodowy, wynajem aut), albo ograniczając swoją aktywność do utrzymania obecnego portfela, bez ofertowania nowego biznesu.

W przeciwieństwie do poprzedniego okresu wzrostu cen, który datował się na lata 2010-2012, tym razem aktywny wkład w kształtowanie rynku wniósł regulator. Komisja Nadzoru Finansowego, bo o niej mowa, zaniepokojona wynikami 2014 r. (wtedy strata techniczna na OC wyniosła prawie 800 mln złotych), uznała, że zagraża to bezpieczeństwu sektora finansowego i podjęła szereg działań, aby sytuację uzdrowić. Zaczęło się od pisma – ostrzeżenia do prezesów wszystkich zakładów ubezpieczeń, że zdaniem KNF jest źle i oczekuje ona zdecydowanej korekty taryf ubezpieczeniowych, aby przywrócić rentowność produktu. Na początku 2016 r. regulator rozpoczął kontrole i pod koniec pierwszego kwartału zaserwował pierwsze kary dla tych ubezpieczycieli, którzy nie wykazali się właściwą aktywnością w podnoszeniu cen. Apogeum presji KNF na rynek nastąpiło w maju 2015 r. Wtedy Komisja nie zatwierdziła kandydatury jednego menedżera na prezesa zakładu ubezpieczeń. Oficjalnie, bo nie dawał rękojmi należytego prowadzenia działalności na tym stanowisku. Nieoficjalnie zostało to odebrane jako kara – kierując poprzednim zakładem ubezpieczeń menedżer ów był uznawany za prowodyra wojny cenowej. KNF wypuścił więc w rynek nieformalne ostrzeżenie dla reszty decydentów – nie będziecie się słuchać, wasze kariery też mogą zostać złamane. No i zadziałało.

 

Całokształt zdarzeń opisanych powyżej przyczynił się do tego, że mamy obecnie rynek, jaki mamy – drożejący, rozchwiany i nieprzewidywalny. Z silną presją na natychmiastową poprawę wyników, co nie jest dobre. Rynek był psuty (schodzenie z cenami poniżej rentowności) przez poprzednie 3-3,5 roku. A teraz następuje próba odbicia strat w jak najkrótszym czasie, co staje się realnym problemem dla klientów. Kilkudziesięcioprocentowy wzrost cen ubezpieczeń może całkowicie zdestabilizować branże, w których samochód jest podstawowym narzędziem bezpośredniego zarobku – przewóz towarów, przewóz osób, wynajem pojazdów. Żadna z tych branż nie funkcjonuje na wysokich marżach. Więcej szczęścia mają Kowalscy, bo za nimi zaczynają ujmować się politycy. Skala podwyżek oraz brak umiejętnego przekazu medialnego od ubezpieczycieli, uzasadniającego wzrost cen OC i AC sprawiły, że powstał medialny szum. Zdecydowanie negatywny. Media społecznościowe plują jadem na rynek ubezpieczeń, media tradycyjne coraz mocniej eksponują temat: złe instytucje finansowe dobierają się nam do portfeli. Politycy rządowi winią za sytuację poprzednią ekipę rządzącą. Opozycja atakuje rząd za brak zdecydowanych działań, aby ukrócić wzrost cen. Bańka jest pompowana, pojawiają się pytania o zmowę cenową, oczekiwane są kontrole, dochodzenia, postępowania… Przy czym wszystko dzieje się pod publiczkę, a wytaczane argumenty na ogół zaciemniają realną ocenę sytuacji. A można ją scharakteryzować w następujących punktach.

  • Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych przez ostatnie lata był „pod kreską”. Ceny nie pozwalały na wypracowanie ubezpieczycielom zysku i wszyscy – klienci zarówno flotowi, jak i detaliczni byli beneficjentami tej sytuacji, płacąc składki mniejsze niż powinni.
  • Podwyżki – ich skala i tempo wdrażania są realnym problemem, zwłaszcza w OC i zwłaszcza dla tych, którym zdarza się być sprawcą wypadku. Bo wyobraźmy sobie sytuację (celowo stosuję tu uproszczenie), że „sprawiedliwa” średnia składka OC wynosi 2000 zł. Ubezpieczyciel A ogłasza: tych, co nie mają szkód, ubezpieczę po 1000 zł, tych, co mają szkody, po 3000 zł. Ubezpieczyciel B powie: a ja tym bezszkodowym sprzedam polisę po 500 zł, a tym ze szkodami po 3500 zł. Co się wydarzy? Ci bez szkód pójdą do ubezpieczyciela B, szkodowi do A. Pierwszy zyska, drugi straci. Co to oznacza? Może pogłębiać się przepaść cenowa między tym, co szkody nie miał, a tym, co miał. Ba, może nawet dochodzić do sytuacji, gdy szkodowy klient dostanie wyższą cenę niż szkoda, jaką spowodował. A to jest już zaprzeczeniem idei ubezpieczeń.
  • Skutkiem tego regulator, który jednak namieszał przez ostatni rok, być może będzie musiał sprawdzić się w nowej roli – instytucji, która określi minimalne i maksymalne stawki za OC. Jako gospodarczemu liberałowi takie pomysły z trudem przechodzą mi przez gardło, ale… OC nie jest liberalnym produktem. To danina, którą musi płacić każdy posiadacz pojazdu. Swoisty quasi-podatek. Gra, w którą gra każdy kierowca, ale znaczonymi przez kogoś trzeciego  kartami. Nie można więc doprowadzić do sytuacji, w której wysokość składki OC uniemożliwi ze względów ekonomicznych przedsiębiorcy prowadzenie działalności, a Kowalskiemu – używanie samochodu do celów prywatnych.

Jednak dla całego rynku prawdziwym wyzwaniem może być nie rok 2016, ale 2017. Bo póki co:

  • Od 2017 r. zaczną obowiązywać kolejne wytyczne KNF, tym razem dotyczące sposobu ustalania zadośćuczynień z polis OC – kwoty wypłat wzrosną, ceny… pomyślmy chwilę… też?
  • Ciągle w sferach rządowych jak widmo krąży pomysł powrotu tzw. podatku Religi, czyli specjalnego podatku doliczonego do ceny OC, z którego pokrywane będą koszty leczenia ofiar wypadków. Czy to wpłynie na wzrost cen polis? Pomyślmy chwilę…

Jeśli więc chodzi o temat ubezpieczeń flotowych w 2017 r., to z okazji Nowego Roku życzmy sobie wszystkiego najtańszego i prośmy wszechświat, żeby, dbając o powszechną równowagę, nasze życzenia spełnił. Albo lepiej – weźmy sprawy w swoje ręce i zacznijmy zarządzać flotami tak, żeby płacić jak najmniej.

ZNAJDŹ NAS: