Pasjonaci – najszczęśliwsi ludzie świata

„Rainforest Challenge” – jeden z najtrudniejszych na świecie rajdów przeprawowych organizowany w Malezji. Odcinki specjalne wyznaczone są w dżungli, gdzie zawodnicy muszą sami zbudować sobie obozowisko. Na trwający 10 dni off-roadowy klasyk przyjeżdżają zawodnicy z całego świata. Wśród nich są również Polacy.

2017-06-02 09:55:12

Do bazy wracam jako ostatnia. Choć pewnie ciężko bazą nazwać kilkanaście polowych łóżek z rozciągniętą nad nimi folią. Ale właśnie tak spędzimy kolejną noc w środku dżungli. Moje wojskowe łóżko stanie przy samej ścianie nieprzewidywalnego, deszczowego lasu. Lasu, który dopiero po zmierzchu budzi się do życia. Znacie dźwięk szlifierki do metalu? Dokładnie taki sam wydają owady zamieszkujące zieloną plątaninę pnączy i lian. Często w wąskim strumieniu światła czołówki obserwowałam wijąco-pełzające towarzystwo gigantycznych mrówek, jadowitych skolopendr i pijawek, które w dżungli są po prostu wszędzie. A co, kiedy do śpiwora wtargnie po zmierzchu jadowity wąż?

Raz w roku malezyjska dżungla przygarnia konwój rajdowych terenówek gotowych podjąć wyzwanie w egzotycznej przygodzie nazwanej „Rainforest Challenge”. To jeden z najsłynniejszych przeprawowych rajdów świata. Rajd, którego wyzwaniem jest nie tylko pokonanie sportowych odcinków specjalnych, ale przede wszystkim survivalowe warunki. Będzie się z nimi mierzyć kilkuset zapaleńców z całego świata przez prawie dwa tygodnie.

Zimne poty oblewały mnie średnio kilka razy dziennie. Po raz pierwszy w 2006 r., kiedy z rajdową załogą Markiem i Agnieszką Janaszkiewicz leciałam 10 000 km, aby sfilmować przeprawowe piekło. Było gorąco, w ciągu dnia średnio 35-40 stopni. Do tego prawie 100-proc. wilgotność powodująca, że tuż po wylądowaniu i otwarciu drzwi samolotu gorąca fala powietrza uderzyła nas w twarz z siłą huraganu. Przypomnijcie sobie moment, gdy z rozgrzanego piekarnika wyciągacie ciasto. To identyczne odczucie, dla Europejczyków kompletny szok!

Dlatego na rajd „Rainforest Challenge” przyjeżdżają prawdziwi wariaci, ludzie, którym nie przeszkadza dzika rzeka zamiast łazienki czy rozpalone ognisko do przygotowania obiadu i kolacji. Do tego słowo „przewidywalność” budzi u tubylców uśmiech politowania. Nigdy nie wiadomo, czy i kiedy sytuacja nie wymknie się spod kontroli.

W 2007 r. monsunowe deszcze odcięły załogom i maszynom drogę ucieczki z dżungli. Ludzi ewakuowano helikopterami, samochody wyjechały z lasu po kilkunastu tygodniach.

Tak właśnie wygląda Ziemia Obiecana największych off-roadowych pasjonatów. To tak, jak z morderczym Dakarem, który co roku zbiera śmiertelne żniwo. Ale kiedy zapytacie o szczyt marzeń każdego, kto 4×4 kojarzy nie tylko z wynikiem 16, odpowie wam – wyjazd na Dakar. By poczuć zmęczenie na granicy oddechu, piach w zębach, strugi potu płynące po twarzy, gdy temperatura w Argentynie przekracza 50 stopni. Na tym właśnie polega pasja, tym jest zbiór emocji towarzyszących wykonywaniu ulubionej czynności. Pasją żyjemy, myślimy o niej, chcemy poznawać ludzi zakręconych tak samo jak my. A jeśli uda się połączyć pasję z pracą, to śmiało możemy spojrzeć w lustro, mówiąc – stary, jesteś prawdziwym szczęściarzem!

Też jestem szczęściarą, bo właśnie tam, daleko w Malezji odkryłam, że off-road zaczął kiełkować mi w głowie. Kiedy wyrosło z tego całkiem spore drzewo, kupiłam zmodyfikowanego do terenu Jeepa. Przez cztery lata przejechałam nim kilkadziesiąt rajdów, poznałam środowisko „zajawkowiczów”, śledziłam to co w off-roadzie dzieje się na świecie i... dojrzałam. W 2015 r. zapadła decyzja – czas wrócić na „Rainforest Challenge” i wystartować. Startować musiałam z pokorą i dużym dystansem, bo znaleźć się w gronie największych off-roadowych wyjadaczy było dla mnie prawdziwym zaszczytem.

Jeep z Europy do Azji płynął w kontenerze prawie 1,5 miesiąca. Cumując szczęśliwie w porcie niedaleko Kuala Lumpur, przechodząc przegląd techniczny, stanął na starcie do SS (Special Stage) nr 1. Charakterystyką "Rainforest Challenge" są krótkie odcinki specjalne – błoto, rzekę, skały czy wąwozy trzeba pokonać w ciągu kwadransa. Są ciśnienie, nerwy, radość, łzy. Nocne reanimowanie sprzętu, brak snu, koszmarne zmęczenie, bo przecież trzeba i jechać, i zorganizować sobie ten chwilowy „dom” w dżungli.

Pewnie można te wszystkie utopione (w dosłownym tego słowa znaczeniu) w błocie pieniądze wydać na romantyczne wakacje w tropikach. Malezja to raj z małymi wysepkami, białymi plażami, gwarantowanym słońcem, świetnym azjatyckim jedzeniem dostępnym na każdym rogu ulicy. To kraj wielokulturowy i kwintesencja Azji w przyjacielskim wydaniu. Jednak kulturę i egzotykę można chłonąć inaczej, właśnie poprzez bycie częścią „Rainforest Challenge”. Dla mnie sportowa rywalizacja to tylko część off-roadowej przygody. Tropikalny klimat i morderczą wilgotność najlepiej pamięta się poza klimatyzowanym hotelem. Kuchenne smaki poprzez sałatkę z liści zebranych na brzegu dzikiej rzeki i wody wyciśniętej z pnączy schowanych w dżungli lian.

Do tego nocne opowieści przy ognisku o malezyjskich duchach i wierzeniach, kąpiele w dziewiczych wodospadach i gorących źródłach na szczytach obrośniętych palmami gór. Tego nie gwarantuje nawet najlepiej zorganizowana wycieczka.

Pasja potrafi stać się narkotykiem, dlatego po powrocie do Polski zaczęłam planować kolejne wyzwanie. Tym razem padło na dziką Rosję i rajd „Ładoga Trophy”. Tam jadą już prawdziwi szaleńcy, bo o jakichkolwiek regułach, zasadach mowy nie ma. Bez wojskowych map, kilku laptopów w rajdowym samochodzie, specjalnej, lekkiej konstrukcji wyposażonej w trapy, kotwice, opony typu Bogger Super Swamper, a często też gąsienice, śruby z motorówki i opony wysokie na 1,5 metra nie ma się co pchać w okolice największego jeziora w Europie. Trzyosiowe quady, kanadyjskie amfibie Argo, rosyjskie „Sherpy” przypominające ogromne, mechaniczne owady – tego nie widziałam nigdzie poza „Ładogą”. Na podmokłych terenach, tzw. pływających łąkach, gdzie pod kilkunastocentymetrowym kożuchem brunatnej trawy płynie woda, trzeba stosować specjalne techniki jazdy. Ja z moim pilotem szybko zorientowaliśmy się, dlaczego do „Ładoga Trophy” załogi przygotowują się latami. Z pierwszego odcinka specjalnego po nocnym błądzeniu w lesie zjechaliśmy po... 17 godzinach. To był dopiero mały „klaps”. Prawdziwe lanie dostaliśmy klika dni później. Jednak kiedy staje się na mecie w jednym kawałku, radość z pokonania własnych słabości jest potężna niczym Mount Everest.

Dlatego dalej chcę pokonywać własne słabości, poznawać świat oczami pasjonata. Bo wiem, że „kiedy pasja staje się życiem, życie staje sie pasją”. I tego, żeby ją odkryć i poczuć na własnej skórze życzę każdemu z Was. Życzę Wam odkrycia własnej Czomolungmy.

ZNAJDŹ NAS: