Kiedy maszyna staje się przyjacielem

Sprzedaję swój samochód, miesiąc, drugi, trzeci. W końcu trzeba przesiąść się na coś bezpieczniejszego. Tymczasem nikt nie pyta o przebieg, rocznik, stan techniczny czy bezwypadkowość.

2017-06-19 09:49:23

Nie pyta, bo nikt nie wie o jego sprzedaży. Po pół roku rodzina żąda wyśnień – auto zaczyna kaszleć, w podłodze robi się dziura. Dziurę łatam u zaprzyjaźnionego blacharza i jeżdżę dalej. Mija kolejne 1,5 roku i zaczyna się prawdziwy dramat. Reanimacja u mechanika na niewiele się zdaje, auto wymaga już co najmniej sanatorium. Koledzy chcą odkupić i wystartować nim w zawodach wraków. Po takim przejeździe moją 16-latkę czeka jedno – sprasowanie w kostkę i śmierć w postaci złomu. Oburzona odmawiam, bo nie taki koniec sobie wymarzyłam. Zresztą, jaki koniec? Fiesta ma żyć dalej! Jest moim przyjacielem, częścią mojej rodziny. No przecież nie zostawia się przyjaciół w potrzebie. Wreszcie cud – jest ktoś chętny, by wyremontować moje auto dla żony. To ostatnia szansa dla Fiesty, dlatego z wielkim bólem i łzami w oczach oddaję kluczyki. Byleby tylko dostała drugą młodość.

Agnieszka ma długie, rude dredy, ręce wytatuowane od dłoni po ramiona, chodzi w krótkich spódniczkach, kusząc smukłym ciałem. Faceci za Agnieszką szaleją, ona szaleje za swoim Taunusem. To nic, że rocznik 1973, to nic, że koleżanki rozbijają się naszpikowanymi elektroniką nowościami. Wiele lat wcześniej Agnieszka dostała Taunusa w prezencie. To efekt wymiany Małego Fiata na klasyka w rozsypce. I zaczyna się długie love story, które, jak w telenoweli, nie raz zostaje poddane próbie. Taunusa męczą choroby wieku dojrzałego, wytatuowana Agnieszka co chwilę nabiera się na nieuczciwych mechaników. Walczy przy tym jak lwica, nie wyobrażając sobie rozstania z samochodem. Wreszcie przychodzi sukces – w motoryzacyjnym programie robią z czerwonego Taunusa prawdziwą perełkę. Od tej chwili mają czas już tylko dla siebie. Właścicielka dredów spędza z nim praktycznie każdy dzień, a opisy ze zdjęciami zamieszcza w internecie. Skupiając się tylko na czytaniu, można odnieść wrażenie, że Agnieszka ma idealnego 44-letniego życiowego partnera.

Marta zakłada szpilki i wygląda jak milion dolarów. Zresztą w obcisłym, skórzanym kombinezonie i sportowych butach też powoduje szybsze bicie serca. Lubi przyciągać wzrok, ale jeszcze bardziej lubi dłubać przy motocyklach. Na co dzień Marta jest konstruktorem, buduje customy, czyli jeżdżące dzieła sztuki użytkowej. Drobnymi rękami składa z pozoru niepasujące do siebie części i podzespoły. I tworzy z nich jedno motocyklowe ciało. W przypadku białej Yamahy MT-01 to ciało ma w sobie prawie trzysta narowistych rumaków. Bo Yamaha ma nie tylko wyjątkowo wyglądać, ale też ścigać się z wiatrem. I Marta czasem odkręci do końca manetkę. Ujarzmienie tak skonstruowanego potwora to najwyższa szkoła jazdy. Ona to uwielbia i żyć bez motocykli nie może. Perłowy custom z założenia miał być wystawiony a sprzedaż, więc chłopak Marty szybko znalazł chętnego. Transakcja umówiona na stacji benzynowej, klient czeka, a Marta na customie nie dojeżdża. Tylko tłumaczy przez telefon, że jednak się wycofuje. I cena nie miała tu żadnego znaczenia. Najważniejsze jest to, co czuje do motocykla.

Marta i Agnieszka to jedne z tych „otumanionych", których mam wielkie szczęście spotykać w pracy motoryzacyjnego dziennikarza. To grupa ludzi, którzy nie tylko inwestują w pojazdy mnóstwo pieniędzy i czasu, ale też czule je głaszczą, nazywają i traktują jak kogoś z rodziny. Budują z maszyną więź emocjonalną, często niezrozumiałą i dziwną dla przeciętnego kierowcy. Czasem wynika to z dziecięcych marzeń, kultowych filmów, przeczytanych książek, czasem ze wspomnień z lat młodości, gdy samochód zawoził ich na wakacje lub pozwalał na integracyjne pobyty z tatą w garażu. Na zlocie Syreniarzy połowa ludzi około czterdziestki kupiła lub odziedziczyła polską „królową poboczy". Choć często to już zupełnie inne egzemplarze, Syreny pozwalają wrócić do czasów beztroski. I dlatego za legendy PRL-u ich fani bez zająknięcia dadzą się pokroić.

Kuba na brak funduszy narzekać nie może. Restauracja, biurowiec, hale. Jest z czego żyć, funkcjonować na wysokim poziomie. Ale większość dnia Kuba spędza w warsztacie. Zamiast wypielęgnowanych dłoni prezesa – smar za paznokciami. Wygodniej przy samochodach pracować bez rękawiczek, więc doczyszczanie rąk to syzyfowa praca. W ogromnej hali, byłym magazynie śląskiej kopalni, na podnośnikach dumnie prężą się amerykańskie ikony. Wśród nich karoseria remontowanego Mustanga – zanim wyjedzie na polskie highway'e, upłynie sporo czasu. Ale Kubie nigdzie się nie spieszy. Czy będzie to rok, czy dwa – nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsza jest sama praca i obcowanie z motoryzacją. „Ja je wszystkie zwyczajnie kocham" – podsumowuje Kuba, a ten warsztat to całe moje życie.

Znacie pewnie też niejedną historię starszych ludzi przykrywających w garażach auta kocykiem. Teraz takie „białe kruki" kosztują majątek, bo wyglądają, jakby właśnie zjechały z linii montażowej. Właściciele nie tylko pucowali je przed niedzielnymi mszami, ale też rozmawiali z nimi częściej niż z żonami. Mnie takie historie zwyczajnie wzruszają i przyznaję – z panami od kocyków nadajemy na podobnych falach. Rozumiem to uczucie skierowane do kawałków nieożywionej materii, bo to nie tylko pojazdy, to zbiór naszych doświadczeń, wspomnień i emocji. Dlatego rozmawiam ze swoim samochodem i absolutnie się tego nie wstydzę. Jeśli też tak macie, muszę Wam pogratulować. Na szczęście świat jest pełen takich jak my, odbierających motoryzację trochę „inaczej".

ZNAJDŹ NAS: